Vlaardingen
Do Vlaardingen pojechałem kilka dni po podpaleniu budynku mieszkalnego, który w okolicy nazywano poolse flat – polskim blokiem. W pożarze rannych zostało kilku mieszkańców. Ogień pojawił się w kilku miejscach jednocześnie. W tamtym czasie wydarzenie odbiło się szerokim echem, bo nastąpiło w atmosferze narastającej w Holandii niechęci wobec pracowników z Europy Środkowo-Wschodniej, podsycanej także przez antyimigracyjną retorykę części sceny politycznej. Dla wielu Polaków nie był to zwykły incydent kryminalny, lecz znak rosnącej wrogości. Sprawcą okazał się później Holender mieszkający w tym samym budynku.
Przyjechałem tam nie po to, by fotografować sensację po pożarze. Interesowało mnie natomiast życie ludzi mieszkających w tym miejscu. Chciałem zobaczyć, jak wygląda codzienność polskich migrantów zarobkowych, którzy przyjechali do Holandii pracować w w szklarniach, magazynach, ogrodnictwie, budownictwie czy usługach. O pracownikach ze wschodu często mówi się językiem rynku pracy albo politycznych sporów. Rzadziej pyta się, w jakich warunkach żyją.
Budynek był zaniedbany. W środku czuć było wilgoć, dym papierosowy i zapach odgrzewanych w mikrofalówkach obiadów. Ściany wymagały remontu, klatki schodowe były ciemne, odrapane, windy stare, często zawodne. Jednak tętniło tu życie. W mieszkaniach panował ścisk. Na balkonach wisiało pranie, stały polskie anteny satelitarne i przypadkowo zgromadzone rzeczy. Nierzadko w małych lokalach mieszkało po kilka przypadkowych osób, czasem całe rodziny. Łóżka ustawiano blisko siebie, pokoje dzielono prowizorycznie szafami albo zasłonami.
Wielu lokatorów trafiło tam przez agencje pracy i pośredników. Pracę znajdowali szybko, ale z trwałością, stabilnością zatrudnienia było trudniej. Nie znali języka, nie orientowali się w przepisach, nie wiedzieli, jakie mają prawa jako najemcy czy pracownicy. To czyniło ich zależnymi od firm organizujących zatrudnienie i zakwaterowanie. Czynsze bywały bardzo wysokie w stosunku do standardu, a utrata pracy mogła oznaczać także utratę mieszkania i wylądowanie na bruku.
Po pożarze w budynku wyczuwało się napięcie. Ludzie rozmawiali ostrożnie. Rodzice bali się o dzieci. Inni obawiali się kolejnych ataków albo tego, że jeśli będą mówić zbyt głośno, stracą pracę i dach nad głową.
Ten reportaż nie jest wyłącznie opowieścią o jednym ksenofobicznym incydencie, podpaleniu. To zapis fragmentu większej historii polskiej emigracji po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Tysiące ludzi wyjechały do Holandii, Belgii, Niemiec czy Wielkiej Brytanii w poszukiwaniu lepszego życia. Część znalazła stabilizację. Inni trafili do świata pracy tymczasowej, współdzielonych mieszkań i życia zawieszonego pomiędzy Polską a obcym krajem, który traktował ich przede wszystkim jako tanią siłę roboczą.
Vlaardingen było jednym z takich miejsc. Niepozornym adresem na mapie Europy, pod którym skupiały się najważniejsze pytania o współczesną migrację: kto korzysta z cudzej pracy, kto ponosi koszty mobilności i jaką cenę płaci człowiek, który przyjechał tu żeby wyrwać się z biedy.